Ona i ja

Standardowy

cd rozdział 38

Nie czekając na moją odpowiedź ruszyła w stronę salonu a ja podążyłam za nią. W międzyczasie zanim zdjęła płaszcz i usiadła postanowiłam sobie, że nie będę odpowiadać na jej pytania. I tak się dowiem po co przyszła.
Wyglądała na zmęczoną, może przez tą nadmierną bladość.
Zaproponowałam jej herbatę na co ona pokręciła głową przecząco i odpowiedziała:
- Wodę. Niegazowaną. Nie mam zbyt wiele czasu, więc będę się streszczać. Wiem wszystko. Wiem, że widujecie się z Łukaszem. Wiem kim jesteś i z kim jesteś. Wiem na pewno, że mój mąż cię pieprzy i chcę byś wiedziała – tylko pieprzy – te słowa powtórzyła dobitnie, zaakcentowała je tak bardzo, że mimowolnie się wzdrygnęłam.
Sam fakt, że była tak perfekcyjnie opanowana a z jej ust wypłynęło przekleństwo podkreśliło wagę jej słów. Przy tym jej ton – pełen pogardy jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu jak mała i paskudna jestem w tym co robię.
- Łukasz cię nie kocha, przykro mi. Nie chcę byś tworzyła sobie fałszywe nadzieje – dodała tonem, który wskazywał, że w ogóle nie jest jej przykro – może ci się wydawać, że łączy was coś wyjątkowego, ale zapewniam cię, każdej poprzedniej też się tak wydawało. Nie jesteś jedyną, nie patrz na mnie taka zdziwiona – powiedziała, wyraźnie zadowolona z efektu jaki wywołała swoimi słowami – Łukasz ma spore potrzeby, wiesz przecież, a w obecnej sytuacji…
- W obecnej sytuacji? – powtórzyłam jak idiotka, bo ona znacząco zawiesiła głos.
- Nie powiedział ci? – uniosła brwi jakby była autentycznie zdziwiona – naprawdę nie wiesz, czemu jest ze mną a jednocześnie cię pieprzy? To świadczy chyba o tym, że nic dla niego nie znaczysz. Nawet na odrobinę szczerości wobec ciebie nie było go stać – popatrzyła na mnie smutno a ja czekałam.
Miałam ochotę zapytać o co jej chodzi, chciałam powiedzieć „to mi wytłumacz”, ale milczałam. Przyszła do mnie sama, nieproszona, więc chyba sama mi powie, czy tego chcę czy nie.
- Nigdy nie zapytałaś czemu mnie zdradza? Nie wyglądasz na tak wyrafinowaną – patrzyła na mnie lekko się uśmiechając pod nosem a ja zastanawiałam się czy powinnam te słowa potraktować jak obelgę. Z pewnością odgrywała przede mną świetnie przygotowane show i widać było, że jest bardzo zadowolona, bo wszystko idzie po jej myśli.
- Więc czemu? – nie wytrzymałam i zapytałam po chwili krępującej ciszy, podczas której podałam jej wodę. Upiła jej łyk, przetrzymała mnie jeszcze moment i w końcu z westchnieniem odpowiedziała:
- Bo jestem chora.
Wypowiedziała te słowa tonem jakby miała grypę a widząc, że nie zrozumiałam dodała cicho:
- Mam raka.
Cisza jaka zapadła po tych słowach aż mi dźwięczała w uszach. Nie chciałam wiedzieć takich rzeczy.
- Walczę od ponad roku z chorobą, Łukasz jest przy mnie w każdym trudnym momencie. Trzyma mnie za rękę w szpitalu, cieszy się ze mną gdy lepiej się czuję…
Zebrało mi się na wymioty a ona ciągnęła dalej:
- Nie przyszłam do ciebie by prawić ci kazania. Nie będę się odwoływać do twojego sumienia, bo nie wiem czy je masz. Nie chcę wiedzieć jak bardzo lepsza się czułaś od kobiety, która łózko małżeńskie zastąpiła szpitalnym. Dobrze będzie, jeśli się jednak dowiesz, że ja nie zniknę. Mam dobre rokowania, wyzdrowieję i nie będziesz Łukaszowi potrzebna – upiła kolejny łyk wody i dodała – przemyśl to sobie, Natasza – moje imię wymówiła z takim niesmakiem, że po raz kolejny wzdrygnęłam się.
Olga nagle jakby się ocknęła, spojrzała na zegarek i rozejrzała się w poszukiwaniu swojego płaszcza. Wzrokiem zahaczyła o walizkę, którą pakowałam zanim się pojawiła.
- Oo, wyjeżdżasz gdzieś?
- Ttak – zająknęłam się i ugryzłam zaraz w język by nie mówić nic więcej. Chciałam skłamać, że z dziewczynami jadę na weekend, ale przyszło mi do głowy, że ona wie. Wystarczyło mi na nią spojrzeć i napotkać jej niby niewinne spojrzenie, które wręcz zachęcało bym zaczęła kręcić i się pogrążać. Z pewnością wiedziała, że Łukasz jedzie w to samo miejsce, bo niby dlaczego znów się tak irytująco uśmiecha?
- No.. To baw się dobrze – powiedziała w końcu lekko i spojrzała tak, że odechciało mi się jakiejkolwiek zabawy – uciekam już. Dziękuję za wodę.

zaskakujące spotkanie

Standardowy

rozdział 38

Czas z Adrianem w domu upłynął jak zawsze spokojnie, z tą różnicą, że on odzywał się do mnie zdawkowo. Był jak zawsze uprzejmy, ale nie szukał mojego towarzystwa. Zdawał się być obojętny na to, czy jego czas wolny spędzimy wspólnie.
Myślę, że dobrze się maskowałam. Przez te kilka dni, walczyłam ze sobą prawie bezustannie. Pytanie:
„zadzwonić do Łukasza?” zadawałam sobie równie często jak „opowiedzieć o wszystkim Adrianowi?”. Mimo tych rozterek, nie dawałam po sobie poznać, że nieustannie prowadzę sama ze sobą gównoburzę. Nasze życie toczyło się gładko, jak zawsze. A ja dochodziłam do jasnych wniosków, ale tchórzostwo nie pozwalało mi na uczciwość. Przypominałam sobie samej jak cierpiałam i ile wylałam łez, przekonując sama siebie, że dla kilku następnych nawet najwspanialszych chwil – nie warto wchodzić w to znowu. Ostrzegałam samą siebie, ale prawda jest taka, że jakaś cząstka mnie już podjęła decyzję, że odezwę się do Łukasza. Teraz chciałam się tylko przekonać, że to dobry pomysł, że tak powinnam.
Wiedziałam oczywiście, że to ślepa uliczka – on ma żonę, ja mam męża i żadne z nas nawet nie zdobyło się na podjęcie tych tematów. Kwestie rozwodów nawet nie przeszły nam przez gardło, choć mogę za siebie powiedzieć – przemknęło mi to przez głowę. Ale ja nie wiem co on czuje!
Tym tokiem myślenia – przekonałam samą siebie, że chcę się dowiedzieć, jak on mnie traktuje, kim dla niego jestem i przyznałam już otwarcie przed samą sobą, że się spotkamy. Tak sobie postanowiłam trzeciego dnia pobytu Adriana w domu. Patrzyłam właśnie jak mój mąż przeżuwa śniadanie chowając się za gazetą i już wewnętrznie oczekiwałam, kiedy się spakuje, pożegna zdawkowo i odjedzie. I tak czułam się przy nim, zresztą bardzo słusznie – jak jeden wielki wyrzut sumienia.
Z telefonem odczekałam do samego wieczora. Nie dlatego, że bałam się, by Adi wrócił po coś. Napawałam się samym oczekiwaniem na tę chwilę. Układałam sobie w głowie jak przebiegnie nasza rozmowa. Zależało mi by przebiegła lekko a na koniec chciałam go zaprosić do siebie. Euforia owładnęła mną tak silnie, że prawie kręciło mi się w głowie. Wzięłam długą relaksującą kąpiel, zrobiłam sobie maseczkę – wszystko po to by zabić czas. Z drugiej strony, gdyby chciał wpaść natychmiast, nie mogłam pozwolić by widział mnie znów w stanie sprzed kilku dni. Nastrajałam się słuchając nieśmiertelnych kawałków „I like Chopin” i „Ogrodu serce” nucąc sobie słowa pod nosem. Gdyby mnie wtedy ktoś zapytał co dokładnie czuję – nie potrafiłabym odpowiedzieć. Podekscytowanie mieszało się z wyrzutami, oczekiwanie ze strachem. W końcu wybrałam numer.
- Hej Łukasz – przywitałam się i odchrząknęłam, bo głos mi zachrypł z emocji – chciałam pogadać – dodałam, mam nadzieję lekkim tonem.
- Witam – przywitał się służbowo – to nie jest najlepszy moment, jestem na wyjeździe, wracam za tydzień – poinformował mnie tonem suchym jak automatyczna sekretarka.
- Kiedy mogę się skontaktować? – przeszłam na równie oficjalny ton rozumiejąc, że zapewne obok niego jest żona.
- Oddzwonię za tydzień – rozłączył się zanim zdążyłam coś odpowiedzieć.
Tego nie przewidziałam. W ogóle takiego scenariusza nie wzięłam pod uwagę. Wyjechał z żoną! – wściekałam się. Uświadomiłam sobie, że ja przecież nie tak dawno wróciłam z małżeńskiego wypadu i to z silnym postanowieniem, że zrywam tę naszą znajomość. To chyba strach, że teraz to on oprzytomnieje, że tym razem on się opamięta – tak jak ja próbowałam kilka tygodni wcześniej. Piknięcie telefonu oznajmiło nadejście maila.
” strasznie się cieszę, że zadzwoniłaś. nie wiesz jak bardzo. odezwę się jak wrócę do miasta. Ł.”

Pozostało mi czekać.

Umówiłam się z nim na sobotę w hotelu za miastem. Każde z nas zarezerwowało sobie własny pokój. Oczywiście podróż mamy odbyć oddzielnie, by nie wzbudzać podejrzeń. Przypuszczam, że obsługa każdego hotelu zawsze jest w stanie stwierdzić, kiedy ktoś faktycznie przyjeżdża na ważne spotkanie, a kiedy plany ich gości hotelowych są co najmniej niecne – jak w naszym przypadku, ale mniejsza o to.
W piątek cała byłam pochłonięta pakowaniem. Coś ekstra, czy zwyczajnie? Nie starać się wcale, czy przeciwnie – zaskoczyć go całkowicie? Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek domofonu.
„Listonosz” – pomyślałam i nacisnęłam guzik otwierający drzwi klatkowe. Wróciłam przed szafę zdecydowana się jednak nie stroić przesadnie i wybrałam dwie koszule, ulubione dżinsy. Wrzuciłam je do walizki gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Zdziwiona ruszyłam w ich stronę a gdy je otworzyłam szczękę musiałam prawie zbierać z podłogi.
- Hej, wejdę na chwilę – minęła mnie ona a widząc jakie piorunujące wrażenie wywarła swoim przyjściem uśmiechnęła się pod nosem i przedstawiła wyciągając dłoń.
- Olga.
- Natasza – odpowiedziałam z automatu czując jak lustruje mnie dokładnie od góry do dołu – słuchaj… Co tu robisz? Skoro tu była, znaczyło to, że coś wie lub podejrzewa. Gorączkowo oceniałam czy lepiej iść całkowicie w zaparte czy raczej wywalić coś w stylu „to nie takie proste”.
- O czym myślisz Natasza? Ile wiem i jak masz kłamać? – uśmiechnęła się do mnie blado żona Łukasza i wskazała ręką kanapę widoczną w salonie – pozwolisz, że usiądę?

sypie się domek z kart

Standardowy

cd rozdział 37

Leżałam nieruchomo jak kłoda. Nie byłam w stanie zmrużyć oka. Tyle czasu ukrywałam prawdę, kłamałam jak z nut i teraz? Teraz ma się wszystko wydać gdy zrezygnowałam z tego nieuczciwego, ale ekscytującego na swój sposób życia? Adi leżał obok mnie, po kilkunastu chyba minutach jego oddech stał się miarowy, zapadł w sen. Mnie tymczasem znów zachciało się krzyczeć i płakać.
Po co w ogóle ja się z nim związałam? Nigdy nie miałam pewności, że go kocham. Nie miałam poczucia, że chcę z nim spędzić resztę życia. W łóżku od początku szło nam słabo. Odpędzałam myśli o tym, w końcu to nie jest najważniejsze. Czułam się przy nim bezpiecznie, potrzebowałam stabilizacji, poważnego faceta. Gdy koleżanki szeptały podekscytowane po kątach jakie to nowe pozycje testują ze swoimi facetami, ja się czułam ponad tym. Był czas, że szalałam, zanim go poznałam. W chwilach gdy dziewczyny opowiadały jak było odlotowo, bo przekroczyły jakąś granicę ja opowiadałam, jak Adrian mnie zaskakiwał prezentami gdy wracał po kilku dniach z podróży służbowych, mówiłam, że czuję się przy nim jak księżniczka bo gdy zapraszał mnie do siebie zapalał świeczki i rozrzucał płatki róż. Sama atmosfera naszych spotkań była tak romantyczna, że mogłam ją pomylić z miłością. Czułam się pożądana, piękna i jedyna. To może odurzyć, z pewnością. Miałam też poczucie, że muszę mu się czymś odwdzięczyć za to, że jest ucieleśnieniem marzeń prawie każdej kobiety. Uczyłam się więc udawać. Pamiętam dokładnie jak powściągliwa byłam na początku. On się na mnie kładł, całował, rozbierał a ja obejmowałam go nieśmiało w pasie lub za szyję. Pierwszy raz udawałam gdy zanurkował między moimi nogami. Chyba bardzo się starał a mnie tak cholernie chciało się spać. Trochę skonsternowana zaczęłam cicho jęczeć i poruszać biodrami. Chciałam nam pomóc, może trochę bardziej jemu niż sobie. Zdaje się, że był zachwycony – wpakował się we mnie i reszta trwała już moment. Pytał potem czy było mi dobrze a ja w odpowiedzi pocałowałam go w usta, czując swój smak i mruknęłam sennie „uhm”. Nie jego wina, że nic nie czułam. Od tamtego razu często tak grałam. Uczyłam się tego, tak jak inne pary uczą się swoich ciał i potrzeb. Wyginałam się jakby z rozkoszy i zduszonym głosem szeptałam jego imię. Przyciągałam go do siebie i wbijałam paznokcie w skórę na plecach. Wszystko dla tej udawanej miłości. Myślę, że mi wierzył. Wierzy, bo chce. Sama bym sobie uwierzyła.
Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Gdy w końcu zapadłam w niespokojny sen Adrian obudził mnie nagle podciągając mi koszulę nocną. Poczułam jego palce w okolicach majtek. Spięłam się i chciałam go ofuknąć. Nie robiliśmy tego cholernie dawno i nie jego pragnęłam. Tylko, że teraz był zdecydowany, stanowczy w swoich ruchach…
- Adi – zaprotestowałam niepewnie.
- Zdradzasz mnie? – zapytał gniewnym głosem.
- Przestań. Ubzdurałeś coś sobie – próbowałam go z siebie zrzucić, nadaremnie. Przewrócił mnie na brzuch i trzymając moje dłonie w swoich unieruchamiając mnie w ten sposób, wszedł we mnie. Milczałam uparcie. Tym razem nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Chciałam go ukarać za jego jakże słuszne podejrzenia, za jego słuszny przecież gniew. Paradoksalnie – chyba nigdy nie było mi z nim tak dobrze. Nie cudownie i nie obłędnie, ale serce przyspieszyło swe bicie o tyle, że o mało nie jęknęłam – tak naprawdę.

Sypie się domek z kart

Standardowy

cd. rozdział 37

- Cześć Adi – wydusiłam z siebie tonem, który miał brzmieć na swobodny.
Doprawdy, co za przewrotny los, który postawił tych dwóch naprzeciw siebie, w momencie gdy ja postanowiłam położyć kres temu podłemu układowi.
- Pogadamy innym razem o tych zajęciach, dobrze? Nie chcę przeszkadzać, ale temat jest pilny – nie wiem, czy chciał mnie tym zdaniem wybawić z kłopotu, czy czym prędzej ulotnić się i zostawić mnie z tym klopsem samą. Patrzyłam na niego twardo gdy ponownie podał dłoń mojemu mężowi, tym razem na pożegnanie i swobodnie choć pośpiesznie ulotnił się z naszego mieszkania.
„Właśnie o to mi chodzi Łukasz. Ile miesięcy można gubić się w zeznaniach, jedno kłamstwo poprawiać drugim? Kto by to zniósł bez wyrzutów, które zżerają sumienie codziennie bez ustanku?” – powiedziałam do niego w myślach.
- Nie mówiłeś nic, że wracasz – odezwałam się zdziwiona gdy Adrian odwieszał kurtkę.
- No nie mówiłem, nic nie mówiłem. I zobacz na co trafiłem – odpowiedział lekkim tonem. Chyba próbował zażartować, uśmiechnął się do mnie gdy ja słałam mu oburzone spojrzenia.
- Adrian, proszę cię…
- Ale co to ma być? – zapytał.
- To mój uczeń – westchnęłam męczenniczo – mamy problem z grafikiem, a że był w okolicy…
- Nie pytam o niego – żachnął się Adi i wskazał palcem na kota – co to?
- Aa – ulżyło mi trochę gdy temat zszedł na kota – To znajda. Nie ma jeszcze imienia.
- Nic nie wspomniałaś gdy rozmawialiśmy przez telefon.
- Bo nie było okazji, zawsze te rozmowy takie krótkie – bąknęłam modląc się by nie zaczęła się dyskusja pod tytułem czyja to wina, że nie rozmawiamy – Ale dobrze, że jesteś możemy wymyślić jej imię – tym razem to ja siliłam się na żartobliwy ton.
Przygotowałam szybką kolację przy której rozmawialiśmy o codziennych sprawach.
Kotka kręciła się między moimi nogami jakby przypominając o swoim istnieniu. Trochę zniecierpliwiona fuknęłam na nią, na co Adrian podniósł znacząco brew.
- Już nie masz cierpliwości?
- Gdybym jej nie znalazła nigdy byś mnie nie namówił na zwierzę w domu. Muszę co rusz sprzątać kuwetę, pilnować by nie niszczyła mebli… Kłopot z nią, ale gdybyś zobaczył… Tak żałośnie zmoknięta… Miałam ją zostawić u weterynarza, sama nie wiem czemu się po nią wróciłam – cofnęłam  się myślami do chwili gdy w rozpaczy wałęsałam się bez celu i ujrzałam ten nieszczęsny czarny foliowy worek.
- Też bym nie przeszedł obojętnie – pokiwał głową Adrian.
Uśmiał się nawet gdy zobaczył, że gdy ułożyliśmy się wygodnie w sypialni na łóżku, kotka zamiauczała żałośnie i drapała w drzwi aby ją wpuścić. Patrzył z rozbawieniem jak wstaję wkurzona po kilku minutach mojego nieskutecznego przepłaszania jej spod drzwi i wpuszczam ją aby mogła umościć się nam wygodnie w nogach.
Myślałam, że już zasnął gdy on nagle odezwał się w ciszy:
- Natasza?
- Hmm? – mruknęłam.
- Ten Łukasz był kiedyś u nas?
- Niee… Dziś go spotkałam jak wyrzucałam odchody z kuwety. Zaparkował w pobliżu, był chyba w markecie – wymyśliłam na poczekaniu, opierając kłamstwa na odrobinie prawdy.
- Mam nieodparte wrażenie, że już widziałem go kiedyś.
- A gdzie? – zapytałam. Puls mi przyspieszył, ale siliłam się na beztroski ton.
- Widziałem go na naszej klatce, jak zbiegał po schodach.
Teraz już serce waliło mi jak oszalałe. Byłam pewna, że głos mi zacznie drżeć, więc wtuliłam głowę w poduszkę.
- Niemożliwe. Przecież by mi powiedział, że ma znajomego w naszej klatce – starałam się brzmieć pewnie. Starałam się brzmieć tak, by zwątpił w to co widział, by zaczął myśleć, że pamięć płata mu figla.
- Przecież by ci powiedział… – powtórzył po mnie – dlatego zapytałem czy był u nas w domu. Bo to z pewnością był on – powiedział tonem nadąsanego kilkulatka, którego nikt nie chce słuchać – Jestem pewny – zakończył dobitnie odwracając się do mnie plecami.

spotkanie

Standardowy

rozdział 37

Paradoksalnie, ta niechciana znajda pomagała mi. Skutecznie odrywała moje myśli od Łukasza, nie przebierając w środkach. Poszarpała obicie krzesła w kuchni, nasikała na dywanik łazienkowy i żywo zaczęła interesować się kanapą w salonie.
- Nie! – wrzasnęłam przeraźliwie – nie możesz! Jeśli zniszczysz kanapę out z domu – dodałam, zupełnie jakby mogła mnie zrozumieć. Dla powagi pogroziłam jej palcem. Miałam prawo wierzyć, że mnie doskonale rozumie. Przechyliła lekko głowę i zaczęła się na mnie czaić. Zdążyłam poczuć się nieswojo gdy mnie wyminęła i ruszyła pędem w stronę kuchni, odbiła się od ściany czterema łapkami i jak taran ruszyła w stronę holu.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie bardzo rozumiałam co to miało znaczyć, ale była pocieszna.
Jednym z nieciekawych aspektów posiadania kota ,o którym zapewne nie wspomina żadna kociara, jest opróżnianie cuchnącej kuwety. Musiałam to robić codziennie i codziennie wyrzucałam woreczek z odchodami swego zwierzęcia.
I tym razem po szybkim spacerze do koszy na śmieci znajdujących się przy bloku obok mojego, wracałam prędkim krokiem w stronę swojej klatki schodowej. Usłyszałam jak otwierają się drzwi auta i zobaczyłam Łukasza. Zamarłam pomiędzy wejściem do bloku a nim – stojącym przy otwartych drzwiach samochodu.
„Nie muszę do niego podchodzić. Mogę wejść do domu jakby nigdy nic” – przemknęło mi przez myśl w czasie gdy studiowałam jego twarz. Nie wiem czego szukałam. Może oznak rozpaczy lub chociaż smutku czy tęsknoty. Tymczasem on nie wyglądał źle. Uprzytomniłam sobie, że od kilku dni nie myłam włosów, jestem kompletnie nieumalowana i mam na sobie wyciągnięty, stary dres. Zachciało mi się uciec i zrobiłam krok w stronę domu. On wtedy zatrzasnął drzwi auta i ruszył w moją stronę.
- Cześć – przywitał się cicho – chcę pogadać.
W swoich sennych wizjach szykowałam się na tę okoliczność. Układałam sobie rzeczową, krótką wymianę zdań w paru możliwych wersjach podczas której tłumaczę mu, że tak jest lepiej dla nas obojga. Oczywiście w mojej wizji nie wyglądałam tak jak teraz – jak porzucona na parkingu zmokła kura.
Tymczasem nadeszła chwila konfrontacji a ja co? Nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa a do oczu napływają mi niechciane łzy.
- Nie chcę byśmy się mijali jak nieznajomi lub co gorsza wrogowie – zaczął on, na co ja spuściłam oczy. Wielkie łzy już skapywały mi po nosie, nie potrafiłam się powstrzymać.
- Natasza proszę nie rycz. Czy zrobiłem coś…
- Nie – przerwałam mu – to nie twoja wina.
Zdobyłam się tylko na ten wyświechtany frazes. Ze wszystkiego co chciałabym mu wyjaśnić, zdobyłam się na banalne „nie twoja wina”.
- Pogadamy jak ludzie – wskazał ręką moje okna – czy musimy tu moknąć?
Weszliśmy bez słowa na górę. Wstawiłam wodę na kawę podczas gdy on witał się z kotem.
- On zajął moje miejsce? – zażartował na co pokręciłam przecząco głową.
- To jest ona – powiedziałam zanim schowałam się w łazience. Wydmuchałam głośno nos i zerknęłam w lustro. Proszę – czerwony kinol, opuchnięte powieki, oklapnięte włosy – obraz nędzy i rozpaczy. Zbierałam się chwilę by mu powiedzieć, że zawsze będę go miło wspominać, ale to już koniec. Nabrałam powietrza w płuca i wypuściłam je powoli. Tyle już wycierpiałam, nie chcę przechodzić tego od początku.
- Chciałam ci tylko powiedzieć – zaczęłam odważnie otwierając drzwi i umilkłam w pół zdania widząc jak Łukasz wita się z Adrianem stojących w drzwiach z walizką. Obaj spojrzeli w moją stronę a ja zamarłam.

Rozpacz cd.

Standardowy

Usłyszałam dźwięk, który zwrócił moją uwagę. Swoją drogą w takiej ulewie, gdy gęsto padające krople deszczu uderzają o liście, ten niezidentyfikowany  odgłos mógłby pozostać przeze mnie nie zarejestrowany. A jednak wzbudził moją czujność. Poczułam się lekko nieswojo – sama poza miastem, do tego jeszcze ta ponura pogoda. Dźwięk dochodził z okolic przepełnionego po brzegi kosza na śmieci, obok którego leżał czarny foliowy worek, zapewne wypełniony puszkami po napojach procentowych, jak sądziłam. W tymże właśnie worku coś się poruszyło. Już nieźle wystraszona mruknęłam do siebie „oo, nie!” rozglądając się na boki. Znikąd pomocy! Miałam uciec, bo po co mi cudze problemy na głowie, dość mam własnych. To coś znowu pisnęło i ruszyłam zdecydowanie do tego cholernego kosza. Wokół niego walało się mnóstwo paczek po papierosach, butelek po alkoholu no i ten worek. „Czy ludzie nie mają śmietnika pod blokiem?” myślałam naiwnie szturchając lekko czubkiem buta torbę, która jak się okazało była zawiązana. Coś się w nim wyraźnie poruszyło więc przeżegnałam się w duchu rozrywając czarną folię. Nie wiem doprawdy czego się spodziewałam. Chyba porzuconego noworodka, bo z wielką ulgą odetchnęłam gdy znalazłam małego, czarnego kota. Zmokniętego i cuchnącego śmieciami.
- O nie – odsunęłam się gdy minął mnie pierwszy szok a on wystawił łepek z czeluści folii i zamiauczał żałośnie – dlaczego ja tu dziś przyjechałam i cię zobaczyłam? – powiedziałam do niego. Byłam trochę zła, bo nikogo tu nie było a wypadałoby mu pomóc. Spadło na mnie, bo to moja znajda. Poprawka, nie jest moja, tylko na mnie to spadło. On tymczasem wychylił się już całkiem z torby po śmieciach i mókł tak samo żałośnie jak ja.
- No dobra Śmierdzielu, pojedziemy do jakiegoś weterynarza, niech się tobą zajmie – wyciągnęłam dłoń w jego stronę a on obwąchał moje palce. Złapałam go i z lekkim obrzydzeniem zaniosłam do auta – czekaj, rozłożę coś na podłodze, bo jak narobisz to się zrzygam.
U weterynarza wyjaśniłam od wejścia sprawę. Śmierdziel to znajda, nic o nim nie wiem, ani czy był szczepiony, ani ile ma tygodni.
- Panie doktorze – zastanawiałam się czy tak się zwraca do weterynarza – mnie się wydaje, że jeśli ktoś zwierzę zawija w worek i wyrzuca na śmietnik to zapewne wcześniej nie inwestował w szczepienia zwierzaka.
- Słuszna uwaga – przyznał mi rację – niech Pani zobaczy jak on Panią obserwuje.
- Ja nie za bardzo mogę, trochę się śpieszę, dużo pracuję – zaczęłam się usprawiedliwiać choć z ust lekarza nie padło pytanie o los tego Śmierdziela.
- Rozumiem – zareagował na moje słowa lekarz – trafi do schroniska. To i tak cud, że żyje, jest wycieńczona.
Ona, jak się okazało, właśnie miauknęła, bo termometr, który miał zmierzyć jej temperaturę trafił pod ogon. Auć.
- Zwierze to nie zabawka, sam doktor wie – próbowałam sie jeszcze tłumaczyć.
- Oczywiście. Dobrze, że ją pani przywiozła.
Gdy wsiadłam do auta nie czułam dumy, że uratowałam to małe istnienie. Chyba raczej byłam sobą rozczarowana. To wygodne nie musieć być za nikogo odpowiedzialnym, nie musieć  się kimś opiekować. Odpaliłam samochód. Nie muszę czuć się zobowiązana do opieki nad znajdą – tłumaczylam sobie, gdy zgasł mi silnik.
-Kuźwa – mruknęłam i wróciłam do gabinetu – zajmę się nim. Nią.  - powiedziałam szybko by się nie rozmyślić – Tylko co ja muszę kupić?

Wróciłam do domu po godzinnej wizycie u weterynarza. Zaopatrzona w karmę junior, szampon do sierści, książeczkę zdrowia i wytyczne na co zwracać uwagę. W domu zadzwoniłam do Aśki. Miała kiedyś kota, zapytałam czy ma gdzieś po nim kuwetę. Przyjechała w ciągu kolejnej godziny przywożąc mi zapas piasku i transporter podróżny – od niej w prezencie, oraz nową kuwetę, bo swojej nie znalazła w piwnicy.
- A to ci dopiero – skomentowała – będziesz miała lokatora.
- Lokatorkę – poprawiłam nie pytając co ma na myśli.
- Jak się trzymasz? – zapytała – czekałam aż się odezwiesz. Słyszałam, że ucięłaś kontakt.
- Chyba był czas ku temu – odpowiedziałam patrząc jak kot obwąchuje kanapę – jak ją nazwać? – wskazałam brodą na zwierzę.
Aśka wzruszyła ramionami – poobserwujesz ją trochę, a imię samo przyjdzie – zaśmiała się cicho – nie wiem czy cię to pocieszy, ale on też to kiepsko znosi.
- Nie pociesza. Asia czuję się rozerwana na kawałki. Między nami była jakaś nieustanna chemia, coś niepowtarzalnego. Ale nie mogę budować związku na czyimś nieszczęściu. Zresztą nawet o tym nie było mowy.  On ma żonę, ja męża. A zła karma wraca… – chlipnęłam – tak widocznie musiało być, nie?

Rozpacz.

Standardowy

rozdział 36

Rozpacz.

Wróciłam. Zaczęłam wątpić w to, czy właśnie teraz powinnam zerwać z Łukaszem. Zderzyłam się z szarą rzeczywistością wielkiego miasta. Już nie byłam pewna i silna. Czy to jest ten czas? Chyba zwariowałam. Stawiałam na szale plusy i minusy wszystkiego, doszło do tego, że wypisałam sobie na kartce : zerwać/nie zerwać i analizowałam wszystko. Bo oczywiście, sumienie swoją drogą, ale z drugiej strony ta namiastka szczęścia… Uczciwie stawiałam sprawę przed sobą – wiem, że nigdy nie będziemy razem. Tylko co ja zrobię z tą cholerną pustką? Tak lubiłam oczekiwanie na jego telefon, na spotkanie. Bo to znaczyło coś. Bo miałam na co czekać. I mimo, że sprawa była prosta – to tylko seks i nigdy nic z tego nie będzie, czułam się dla niego ważna. Nie tak jakby się zakochał, co to to nie. Oszukuję się? Targały mną sprzeczne emocje – w jednej chwili byłam zdecydowana zerwać tą znajomość i odetchnąć, w drugiej chwili czułam się na to za słaba i byłam pewna, ze tęsknota mnie zabije. ZA-BI-JE. Bałam się tego uczucia, które mnie rozrywało…
W chwili gdy zdecydowałam się po raz kolejny, że owszem że koniec tego, że to nie może trwać wiecznie, a koniec i tak nastąpi kiedyś… I też będzie boleć, a może bardziej nawet, sięgnęłam prędko po telefon i napisałam do niego: „hej wróciłam, zobaczymy się? musimy pogadać”
Musiałam napisać, że chcę pogadać, abym nie mogła się wycofać, abym musiała już to skończyć. Nie chciałam zostawić sobie furtki.
On zapyta o czym, ja odpowiem, że o nas, że nas już nie może być. I koniec game over i będzie czas żałoby, będzie boleć, ale przecież w końcu przestanie… I nigdy więcej w takie bagno, ja się nie nadaję, jestem z tych miękkich ludzi, dla których każdy gest coś znaczy i każde słowo i spojrzenie, bo nic nie jest przecież przypadkowe.

Szybko dostałam wiadomość zwrotną: „owszem, a o czym?”
I znów szybki sms, bez analizy dogłębnej, każdego napisanego słowa: „o nas Łukasz, że czas już z tym kończyć” – nacisnęłam wyślij czym prędzej a serce już tłukło się w piersi i pękało już na małe kawałeczki, czułam to wyraźnie. Tak, zrobiłam to właśnie, zachowałam się jak dorosła, odpowiedzialna kobieta – wmawiałam sobie, gdy popłynęły pierwsze łzy przy piosence w tv, że serce chce czego chce.
Zerkałam na ekran smartfona, szukając wzrokiem małej kopertki, pojawiającej się przy nadchodzącej wiadomości.
To tyle? – myślałam, nie widząc jej – już po wszystkim? – trochę z ulgą oddychałam, ale zaraz ogarniała mnie fala wspomnień, bo przecież było tak wspaniale.
Wyłam do rana. Z przerwami. Wyłam w poduszkę aż brakowało mi tchu, aż zaczęła mnie boleć głowa. Wydawałoby się że wypłakałam wszystkie możliwe łzy, gdy nadchodziła nowa fala wspomnień i znów szlochałam jak wariatka.
Rano miałam zaplanowane zajęcia, więc łyknęłam dwie tabletki, umyłam się i wypiłam mocną kawę by jakoś przetrwać ten dzień. Nie miałam sił na makijaż. Ciągle towarzyszyło mi uczucie, że może on będzie czekał rano przy aucie. Bo to było za proste na koniec, po czymś takim… Dla mnie to było tak dużo… Czy tak się właśnie kończy znajomości? Uprzytomniałam sobie jednak że tak lepiej, bo łatwiej. Nikogo nie było pod domem, nikt nie stał przy aucie. Przetrwałam cały dzień, nakazując sobie maksymalne skupienie na prowadzonych zajęciach.
Po zajęciach miałam dwie opcje – podjechać do rodziców, wypadałoby. Albo wrócić do domu i wyć dalej. O dziwo, mimo nieprzespanej nocy, nie padałam z nóg.
Wybrałam rodziców. Nie chciałam sobie folgować. Spędziłam u nich dwie godziny, podczas których chyba z pięć razy zapytałam „ale powiedzcie co u was?”, aż zapytali czy wszystko u mnie w porządku. Zaśmiałam się w głos „ależ oczywiście”. Gdy się z nimi pożegnałam i wsiadłam do samochodu, znów wyłam, przy akompaniamencie „elastic heart” prosto z radia, tak jakby cały wszechświat uparł się, by dostroić się do mojego podłego nastroju. Powtarzałam sobie przez łzy, że sama tego chciałam, że lepsze to niż on miałby mnie porzucić za kilka tygodni, może miesięcy, bo byłoby jeszcze trudniej, bo wspomnień przecież byłoby więcej.
Przyszło mi do głowy, że gdyby mi obrzydł, gdyby mnie czymś wkurzył, zrobił coś, co by mnie do niego zraziło byłoby o wiele łatwiej. Szukałam w pamięci sytuacji, którymi mogłabym go obarczyć, nazwać podłym. Nie znalazłam, wiec wyłam jeszcze bardziej. W domu bez włączania świateł położyłam się w sypialni, wyciszając tylko telefon. Adrian dzwonił, więc skleciłam szybką wiadomość, że boli mnie głowa i zaraz się kładę. Zrzuciłam ubranie i weszłam naga pod kołdrę. Długo płakałam, rozmawiając ze sobą, tłumacząc sobie na głos, że nie ma za czym, do kurwy nędzy. Głowa zaczęła mi pękać i w końcu dopadło mnie znużenie. Zasnęłam snem przerywanym, budząc się z płaczem tak dławiącym, że chwilami się dusiłam. Nad ranem nie miałam już sił, dopadło mnie odrętwienie. Przy kawie pytałam siebie samą: czy ja się nad sobą rozczulam? Chyba nigdy nie popadłam w taki obłęd jak teraz. Ze zdziwieniem przypomniałam sobie, że nie jadłam nic od momentu gdy do niego napisałam. I co gorsza nie byłam w stanie nic przełknąć. Kawa, woda. Długi prysznic, bo maskował płynące (znów?) łzy. Szykowałam sms-a do Aśki, by zorganizować jakoś wieczór, weekend, życie. Ale nie, jeszcze nie teraz. Nie w tym w stanie. A może właśnie w tym. Ale nie. Jakiś obłęd, sama ze sobą rozmawiałam, próbując sobie poradzić. Próbowałam być racjonalna, ale sypałam się jak tylko naszło mnie jakieś wspomnienie. A nachodziły mnie ciągle. W kuchni, bo tu mnie żegnał. W sypialni, bo tam się ze mną kochał. W przedpokoju, bo przyciskał mnie do ściany tak… To tylko gesty, tylko seks to nic wielkiego, było owszem wspaniale, ale to ruchy ciał – nic więcej. Obejmowałam się sama, tak brakowało mi jego dłoni. Ciało zapamiętuje dotyk, nie da się tego zastąpić. Nikt tak jak on i z nikim … Nawet sobie nie potrafiłam wyobrazić, żeby ktokolwiek inny, próbował powtarzać tę wędrówkę JEGO dłoni po moim ciele.

Dnia trzeciego zaczęłam sobie powtarzać:
Nie mogę cię mieć, bo nie jesteś mój,
Nie mogę cię pożądać, bo nie jestem twoja,
nie mogę cię mieć, nie w tym życiu,
Nie mogę cię kochać, bo nie mogę spać.
Bo nie umiem bez ciebie żyć.
Bo bez ciebie się duszę,
Bo czuję żar w twoim dotyku,
Bo cię tak pragnę, że za bardzo.
I pamiętam.

I jak mantrę powtarzam. Zakazuję sobie, biorę już głębsze oddechy. Jadąc autem w cholernie deszczowy dzień za miasto, otwieram okno by wpadło trochę zimnego powietrza. Nie zawsze jest jak chcemy, teraz jest jak chciałam. Albo musiałam. Zatrzymałam się na pustym parkingu przy lesie pod miastem. Założyłam kaptur, wyszłam na deszcz. Spacerowałam wydeptanymi ścieżkami przez dobrą godzinę płacząc znów razem z deszczem. Już w milczeniu, co brałam w duszy za dobrą monetę, bo może, może to początek końca udręki?

tak trudno być rozsądnym?

Standardowy

Normalni ludzie cieszą się życiem. Ja nie potrafię. Patrzę na życie jak zza pleksi szyby. Jest pięknie, ale jakby nie dla mnie. Widzę te góry, te piękne widoki, ośnieżone szczyty. Oddycham świeżym powietrzem. Nie ma go w centralnej Polsce. Widzę uśmiechniętego Adriana jak podjeżdża do mnie na desce. Kobiety sie oglądają za nim, a jak! Jest przystojny. Macham mu ręką i zjeżdżam ze stoku szybkim slalomem. Czuję wiatr, czuję wolność. To mi było potrzebne.
Tylko wokół serca ciągle ta zaciśnięta pętla, która nie daje mi odetchnąć głębiej . Strach? Dobrze, że tu przyjechałam z Adrianem. Bardzo dobrze. Dojrzewam do decyzji, że czas skończyć z tym podwójnym życiem. Nie dlatego, że mi się znudziło, o nie. Dlatego, że jest to dla mnie zbyt ważne, a do niczego nie prowadzi. Nie będzie happy endu, wiem to na pewno. Ile można żyć tak przyduszonym? Jak długo można kłamać? Latami można, tylko że ja nie potrafię. O ile życie byłoby prostsze! Ale nie oczywiście, ja muszę cierpieć, myśleć, analizować wszystko. Kończę z tym. Zaraz po powrocie. Spotkam się z nim. Powiem, że to koniec… To był seks, owszem fajny, wręcz bombowy, sam wiesz… ale już dość. Nie chodzi o to, że niszczę małżeństwo. Ono od zawsze było jakąś pieprzoną fikcją. Razem a jednak osobno. Chodzi o mnie. Muszę uporządkować się w środku, a przy nim nie potrafię. Muszę wsłuchać się w siebie. Widzę wokół siebie szczęście ale go nie czuję.
Najwyższy czas wziąć sprawy w swoje ręce, a nie jak dotąd pozwalać im toczyć się własnym torem. Bo to nie idzie w dobrą stronę. Ułożę sobie to wszystko. Zabawne, ale już czuję się odrobinę lepiej. Podjęłam jakąś decyzję pierwszy raz od dawna. Wcale nie była łatwa i co więcej – wcale mi się nie podoba! Jest tylko rozsądna. Tak mi się wydaje.
Czyżby było mi odrobinę lżej? Jakby ktoś zdjął maleńki kamyczek z moich pleców. Tak na zachętę, by mnie popchnąć do działania. Czuję w tym rękę przeznaczenia, czy też Boga – zwał jak zwał – czuję, że ta siła wyższa chce mi powiedzieć: to rozsądna decyzja. Będzie ci lżej zobaczysz.
Pogrążona tak w myślach, zagrzewając się do walki ze samą sobą, a wiem, że mnie czeka prawdziwa wojna nie zauważyłam dzieciaka, który nagle wyrósł mi przed oczami. Prędki unik i nie rozjechałam przestraszonego małolata, ale za sekundę wywinęłam wspaniałego orła gubiąc obie narty. Śmiałam się do rozpuku zanim nie podjechał Adrian by mnie podnieść.
- Co jest? – zapytał trochę skonsternowany moim zachowaniem. Ludzie nas mijający z ciekawością obracali głowę by popatrzeć jak próbuję wstać parskając ciągle śmiechem.
- Nic, po prostu cieszę się życiem – skłamałam.

nienawidzę gdy odchodzisz

Standardowy

rozdział 35

Musieliśmy się rozstać, to oczywiste. Musiałeś się ubrać, musnąć mnie ustami na do widzenia i wyjść. Dlaczego to zawsze przychodzi tak nagle? Zawsze za szybko. W chwili gdy się zbierasz, zerkasz zakłopotany… Niepotrzebnie! Tylko zdaję sobie sprawę, że nie pogadaliśmy, a tyle ci chciałam powiedzieć, o tyle rzeczy zapytać. Czasu jest zawsze za mało gdy spędzam go z Tobą.
Gdy się szykujesz do wyjścia, czuję się jak małe dziecko. Rodzice muszą zostawić mnie samą w domu i strasznie się boję. Zabawne. Teraz udaję przed Tobą i przed sobą. Trzymam fason, spójrz! Robię sobie drinka, że niby się nie przejmuję. Jestem na maksa wyluzowana, o zobacz, jestem tak wyluzowana, jakbym zjarała lufę towaru.
W środku coś we mnie wrzeszczy – nie idź, nie odchodź, chcę wiedzieć ile to jeszcze potrwa, co to jest między nami?? Chcę wiedzieć co znaczę dla ciebie, bo dla mnie już wiem że znaczysz za dużo!
Oczywiście nic nie mówię, nie pytam nawet kiedy się zobaczymy. Czekam, może ty coś powiesz? Może powiesz, „zadzwonię niedługo”, albo powiesz coś takiego co mnie ogrzeje tak od środka… Nie chcę czuć tej cholernej pustki i zimna, mógłbyś się wysilić, coś powiedzieć, mógłbyś prawda?
Jesteś już ubrany, patrzysz trochę niepewnie w moją stronę. Oparta o blat w kuchni, sączę drinka. Już wiem, że zatrzaśniesz za sobą drzwi a ja wysączę wszystko z tej jebanej butelki. Podchodzisz do mnie, a tak bosko pachniesz, tak cudownie mnie obejmujesz, mięknę, znów mięknę gdy rozchylasz moje usta swoimi, to takie cudowne. Tonę, tonę, kurwa tonę, już chcę cię błagać, klękać byś mnie nie zostawiał… Przyciągam cię do siebie rozpaczliwie mając nadzieję, że zrozumiesz ten gest, bo dla mnie znaczy więcej niż milion razy powiedziane : „jesteś ważny”.
Całuję cię powolutku, nasze języki bawią się przez chwilę, wtulam się całym ciałem w ciebie. Chciałabym się w ciebie wtopić, to by było to! Odsuwasz się, niby nieznacznie, niby tak niezauważalnie, ale czuję to doskonale. Dłońmi trzymasz moją twarz i patrzysz mi głęboki w oczy, tak właśnie patrzysz w moje oczy, jakbyś chciał przekazać mi coś ważnego.
Co myślisz do cholery? Przyjdziesz i jeszcze mnie zerżniesz? Tak wiem, wiem jestem taka żałosna miałam być silną, niezależną kobietą.
- Lecę – mówisz cicho.
- A ja spadam – odpowiadam do twoich pleców. Wiem, że zamkną się za Tobą drzwi a wszystkie moje wewnętrzne furie ożyją. Będą wrzeszczeć w mojej głowie. A ja będę wyć w poduszkę z rozpaczy. Bo czuję coś nad czym nie potrafię zapanować. I mieć chcę Ciebie i nie mogę mieć.

Zaliczony!

Standardowy

lizakrozdział 34 cd…

I było jeszcze lepiej niż pragnęłam. Było łagodniej, ale było też ostrzej. …
Po wszystkim mnie przytulił, tak po prostu. Przygarnął mnie blisko siebie, pocałował w czoło. Nurtowało mnie pytanie: Kim my dla siebie jesteśmy? Musiałam się dowiedzieć.
- Długo się nie odzywałeś. Zastanawiałam się, czy się jeszcze zobaczymy… – umilkłam sądząc, że mi przerwie, ale on słuchał – nie wiedziałam co mam myśleć, tak nagle to wszystko się jakby urwało.
- Były święta – skomentował krótko, wdychając chyba zapach moich włosów.
- Owszem były, ale później było trochę wolnego… Był Nowy Rok – mówiłam z lekką pretensją w głosie, ganiąc się w myślach za to. Obróciłam się na brzuch i położyłam mu głowę na piersi. Patrzyłam na jego twarz szukając oznak zniecierpliwienia czy gniewu, ale on wyglądał raczej na zmęczonego. Wzruszyłam w końcu ramionami. Tak, żeby to zauważył. Miało to oznaczać „nie chcesz, to nie musimy gadać”. W rzeczywistości oczekiwałam, że powie coś takiego, że się uspokoję. Po prostu.
Nie było mi to dane, więc podniosłam się i przeciągnęłam. Na nago poszłam do kuchni i przyniosłam winogrona i sok pomarańczowy. Widziałam, że z lekkim uśmieszkiem wodził za mną wzrokiem, ale nic się nie odezwał. Jak tak dalej pójdzie, to zacznę nazywać nasze spotkania „milczeniem owiec”. Szturchnęłam go łokciem zaczepnie, wskazując brodą by się częstował. Zaczął mnie karmić wkładając mi do ust kolejne owoce, aż zaczęłam się śmiać. Sytuacja wydawała mi się komiczna – leżymy nago na łóżku, ja  wypchana winogronami jak wiewiórka orzeszkami przed zimą. Gdy już wszystko połknęłam, wiedziałam co mu chodzi po głowie.
Już kiedyś wspomniał, że mi skrępuje ręce  i nie pozwoli wstać z kolan dopóki nie zrobię mu laski. Trochę się wtedy oburzyłam i przestraszyłam. Wydusiłam z siebie jedynie „zapomnij” i temat ucichł na jakiś czas. A w tej chwili? Usta miałam wilgotne od soku z winogron, obliznęłam je nieznacznie a on się uśmiechnął jakbym go zaprosiła do zabawy. Wcisnął mnie w materac swoim ciałem, nie pozwalając nawet zaprotestować. Scałował cały lepki sok z okolic moich ust wyciągając jednocześnie moje dłonie w górę. Gdy się uniósł zapiszczałam w proteście, ale chyba bez przekonania bo skrępował mi ręce, paskiem od leżącego obok łóżka szlafroka. Pomógł mi się podnieść z pozycji leżącej i ku mojemu zaskoczeniu ułożył mnie w pozycji od tyłu. Rozchylił mi nogi ręką by za chwilę wślizgnąć się palcami w moje wnętrze. Syknęłam, bo wciąż byłam wrażliwa po niedawnym spełnieniu. Poślinił palce i dotknął mojej łechtaczki. Bezwstydnie się do niego wypięłam, uwielbiałam gdy pieścił mnie palcami. No i wiedziałam, że lubi gdy nie mam oporów.
- Przestać? – zapytał po długiej dla mnie chwili gdy powstrzymywałam się od krzyku.
- Nie – wydyszałam, a gdy jego palce zwolniły naparłam na niego jeszcze bardziej – proszę. Zrobię co chcesz.
- Co chcę? – powtórzył po mnie. Wiedziałam o co mu chodzi.
To głupie, ale nie robiłam loda nikomu od kilku lat. Adrian jakoś nie napierał na tego rodzaju pieszczoty.
- Tak – potwierdziłam.
- No dobrze, Kotku – odparł z satysfakcją w głosie, tak jakby to on dał się przekonać i w ciągu kilku minut wprawnie mnie doprowadził do kolejnego tego dnia orgazmu. Tym razem jednak nie opadłam bezwładnie na pościel by łapać oddech, tylko zębami odwiązałam pasek szlafroka i popchnęłam Łukasza na poduszki. Wypadało się odwdzięczyć. Nachyliłam się nad nim omijając specjalnie sterczącego już dumnie węża i muskałam palcami jego wnętrza ud, łaskocząc jednocześnie go włosami po brzuchu. Zbliżałam dłonie w okolice jego krocza, muskałam go po jądrach i zerkałam na jego reakcję. Chciałam go trochę podrażnić, tak jak on mnie. Taka mała zemsta.
Gdy pierwszy raz wsunęłam główkę do ust westchnął chyba z ulgi. Nie zaczęłam jednak ssać i poruszać głową w znanym wszystkim rytmie. Odsunęłam się i zaczęłam go lizać. Jakbym miała przed sobą topiącego się loda, oblizywałam go z każdej strony, jednocześnie muskając go co kilka chwil po jądrach.
- Natasza – wychrypiał ponaglająco po krótkiej chwili takiej zabawy. Chwycił mnie za włosy i włożył mi go do ust. Wydawał mi się większy niż kiedykolwiek, ale to zapewne normalne uczucie gdy ma się kutasa w buzi a nie jak zwykle, w cipce. Otoczyłam go językiem i zaczęłam delikatnie ssać. Po chwili zaczęłam rytmicznie poruszać głową. Pomagałam sobie dłonią i zerkałam na Łukasza. Jego podniecenie niesamowicie mnie nakręcało. Gdy był blisko znów mnie chwycił za włosy i przycisnął do siebie bym zaczęła ssać mocniej i poruszać głową szybciej. Połknęłam wszystko i opadłam na pościel obok niego. Zaliczony.